Kategoria: droga do oświecenia

  • Mt 5,24

    Mt 5,24

    Temu, kto cię prosi daj, a od tego, kto chce od ciebie pożyczyć, nie odwracaj się.

    Mt 5,24 (UBG)

    Czy my naprawdę potrzebujemy tak dużo? Nowy samochód? Piękna, wielka willa z czterema sypialniami, pięcioma łazienkami, garażem na cztery miejsca? Czy to naprawdę jest tak potrzebne?

    Oczywiście, że nie.

    Czy po prostu chcemy to wszystko mieć, żeby pokazać, że „coś” w życiu osiągnęliśmy – mierząc się z innymi według standardów świata?

    Zapewne o to chodzi. „Ten, który nazbiera najwięcej zabawek, wygrywa.” – słyszałem to w jakimś filmie (z Seanem Penem).

    Do życia potrzebny jest mały kąt, łazienka, żeby się odświeżyć i praca, żeby się utrzymać. Nie potrzeba zbyt wiele. Nie potrzeba. A dla niektórych nawet to jest luksusem.

    Jakieś 10 lat temu, kiedy trafiłem do korpo, kiedy zacząłem zarabiać ponad 12 tysięcy złotych, czułem się, jakbym bym wielkim bossem. I pewnego razu siedziałem sobie tak z dziećmi w McDonaldsie i podszedł do nas obdarty, brudny, śmierdzący bezdomny. Bałem się. Bałem się, żeby nie dotknął przypadkiem moich dzieci, nie zaraził czymś paskudnym. Gronkowcem, czy czymś podobnym. Pamiętam jak się wtedy zachowałem. Wstyd mi za to. Warknąłem do człowieka, żeby spieprzał. Bezdomny odwrócił się i próbował szczęścia przy innym stoliku. A ja odetchnąłem, bo to już nie był mój problem.

    Wstyd mi za to. Chciałbym go przeprosić. Ale nawet nie pamiętam jak wyglądał. Czy jeszcze żyje? Nie wiem.

    Pamiętam to.

    Jest kilka takich kwiatków w moim życiu.

    Kiedyś na dworcu kolejowym, jakaś dziewczyna prosiła mnie o parę groszy na bilet do Wrocławia. Dostała 20 złotych. Bo tyle miałem w kieszeni. Dwa dni później ta sama dziewczyna znowu prosiła mnie o parę groszy na bilet do Wrocławia. Bo po raz kolejny „ktoś jej ukradł plecak”. Nie pamiętała, że dwa dni wcześniej dałem jej 20 złotych. Tylu frajerów zrobiła na bilet do Wrocławia, że nie pamiętała twarzy każdego z nich. Widziałem ją jeszcze parę razy na dworcu, jak prosiła innych podróżnych o kilka złotych, żeby dorzucili się do kolejnego biletu do Wrocławia…

    Pamiętam też to.

    Innym razem jadłem sam w KFC. Podszedł chłopak i spytał wprost, czy nie mógłbym mu kupić bułki, bo nic nie jadł od kilku dni. Nie chciał pieniędzy. Kupiłem mu jakiś zestaw.

    To też pamiętam. Nadziałem się w McDonaldzie na swoje tchórzostwo i strach kilka lat wcześniej. Tym razem udało mi się komuś pomóc.

    Innym razem kupiłem kilka pizz do domu, bo duża rodzina. Każdy lubi co innego. Czekałem na taksówkę. Kiedy taksówka dowiozła mnie do domu, kierowca powiedział, że narobiłem mu smaku, bo nie jadł obiadu a zapach wwiercał mu się w nos. Zostawiłem mu jedną pizzę. Tak po prostu. Mówił, że żartował, że nie chce. Ale i tak mu zostawiłem. Widziałem, że poprawił mu się humor.

    Pamiętam to.

    Kiedy indziej siedziałem w tramwaju. Miętoliłem w palcach papierosa. Za dwa przystanki wysiadałem. Przede mną siedział jakiś gość. Bokiem. Tak, że nogi miał wywalone na przejście w tramwaju. Spytał, czy mogę mu dać jednego papierosa. Nie, nie spytał. Powiedział: „Daj jednego”. Dostał jednego. Wysiadał przystanek przede mną. I raptem splunął mi w twarz. Nie wiem dlaczego. Byłem tak zaskoczony, że nie zdążyłem odpowiedzieć. Drzwi tramwaju się zamknęły. Słyszałem tylko śmiech tego gościa. To był wymuszony śmiech. Śmiech idioty, kogoś z zakładu psychicznego. Bo normalny człowiek tak się nie śmieje. Ale nie o to chodzi. Nie zależało mi na tym, żeby wyzwać kolesia, wpieprzyć mu, czy cokolwiek mu zrobić. Byłem zaskoczony jego reakcją. Mam nadzieję, że poczuł się lepiej po wypaleniu mojego papierosa.

    Nie rozumiem ludzi.

    Nie wiesz na kogo trafisz. Czy będzie to oszust/oszustka. Czy naciągacz, który zbiera na kolejną dawkę jakiegoś draga. Czy po prostu jakiś psychiczny. Czy może faktycznie będzie to ktoś, komu podwinęła się noga i potrzebuje pomocy.

    Mimo wszystko ludziom trzeba pomagać. Nie wiesz na kogo trafisz. Nie wiesz. Możesz trafić na kogoś, komu przez swoją pomoc odmienisz życie. Inny może o Tobie zapomnieć sekundę po tym jak otrzyma pomoc. Nie ważne. Nie wiesz na kogo trafisz.

    Niedawno znalazłem fajny filmik: „Jedyny powód dla którego chcę być bogaty”:

  • Prz 20, 24

    Prz 20, 24

    Od PANA pochodzą drogi człowieka;
    jakże może człowiek zrozumieć własną drogę?

    Wydaje nam się, że jesteśmy kowalami swojego życia. Że szczęście, sukces, sławę, władzę i zdrowie zawdzięczamy sobie samym. Bo od małego uczestniczyliśmy w wyścigu szczurów, zdobywaliśmy najpierw najlepsze oceny w szkołach czy na studiach, potem wspinaliśmy się po drabince w firmie.

    Ale przychodzi taki moment, w którym dociera do nas, że droga, którą powinniśmy zmierzać nie jest tą, którą obraliśmy.

    Dobrze, jeśli stanie się to wcześniej niż później, ale jak stanie się to później, to też nie jest tak źle. Oby do nas dotarło, że nasz poziom „wtajemniczenia” w życie leży gdzie indziej. Nie na zewnątrz, nie tam, gdzie są nagrody tego życia. Nie tam. Tylko w nas. To tu trzeba posprzątać. Tu trzeba szukać odpowiedzi. Nie na zewnątrz, gdzie pajacują ludzie, którym drogę podszeptuje zło.

    Możemy zaplanować sobie całe życie na papierze. Narysować przystanki:

    • w wieku 28 lat – będę starszym software developerem
    • w wieku 30 lat – będę architektem aplikacji (+ zarabiał 30 tys PLN)
    • w wieku 35 lat – zostanę produkt ownerem (+ zarabiał 33 tys PLN)
    • w wieku 40 lat – ….

    ale gdzieś pomiędzy, po cichu, jak strumyk wody drążący wąskie korytko w skale, słyszysz głos, głos ze środka siebie, pytający, dokąd to wszystko prowadzi i czy na pewno to jest to, czego chcesz, czego On chce?

    Pustka, jaką spotkałem po 46 latach pracy dla firm technologicznych, mimo solidnej pensji i „spełnienia” zawodowego była ogromna.

    Kiedy bez żadnego ostrzeżenia pod koniec roku 2024 firma pożegnała się ze mną, żeby potem po pół roku przyjąć mnie z powrotem dotarło do mnie, że nie znaczę nic dla niej, dla tych ludzi. Jestem tylko trybikiem, raz potrzebnym, raz niepotrzebnym. Mimo „doświadczenia”, „zaangażowania”, zarywania nocami snu, żeby tylko dotrzymać terminów…

    Nie znaczę dla świata zewnętrznego nic. Nie znaczę dla tych ludzi nic.

    Zachowanie członków zespołu to też potwierdziło. Zarzekanie się kilku osobników, jakiż to jestem wartościowy i ceniony, jak moje zdanie wielkie ma znaczenie…bla bla bla. Jak oni bardzo byli za mną, i mimo ich strasznych wysiłków i dobrych ocen, no niestety nie udało im się powstrzymać tej straszliwej machiny zwolnień…

    Dotarło do mnie, że szukałem potwierdzenia siebie w złym miejscu, na zewnątrz. A na zewnątrz wszystko przemija. Te wszystkie rzeczy, stanowiska, pozycje, wypracowany „szacunek” u ludzi. To nic nie znaczy. Nic. Nie ma żadnego znaczenia, bo tak jak oddech rozmywa się w morzu powietrza, rozprasza się i ulatnia, mieszając z innymi atomami i cząsteczkami, tak te wszystkie rzeczy, które są na zewnątrz, one istnieją chwilę, a po sekundzie ich już nie ma, bo wiaterek zawieje z lewej, albo prawej i już tego nie ma.

    To, co na zewnątrz to zwykła gra. Trzeba wykonywać swoją pracę, grać dobrze, jako aktor bawić się swoją rolą, ale nie przywiązywać się ani do sztuki, ani do innych aktorów.

    Bo ta sztuka pisana jest na bieżąco. Nie wiesz, jaką rolę dostaniesz, ani jak jej droga się potoczy.

    Trudno to opisać, ten stan, w którym jestem teraz.

    Wewnętrznie czuję, że to co robiłem i nadal robię, klepiąc kod dla firm, to po prostu zajęcie, które robię, żeby utrzymać rodzinę. Ale jest to tak puste, jak skorupa ślimaka, którą właściciel opuścił lata temu. Nie ma już w tym „pasji”. Zresztą, nigdy tak naprawdę nie było w tym pasji. Chciałem znaleźć w tym pasję, ale przez te wszystkie lata mi się nie udało. Bo to nie była moja droga. To nie to, co we mnie wszczepił Bóg. Jego zamysł do mojego aktora był inny.

    I chyba jestem na etapie, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że szedłem drogą nie-wyznaczoną przez Boga. Ale nie zsynchronizowałem się jeszcze z tym, co chciał dla mnie mój Ojciec. Bo nie wiem, co chciał. Nie potrafię tego rozszyfrować. A może po prostu z każdym dniem muszę dowiadywać się tego po trochu. Odkrywać ukryte subtelnie w spotkanych ludziach, w odbytych rozmowach, w mijanych twarzach ziarnka i wskazówki tego, czego Bóg oczekuje ode mnie.

    Wiem, że nic nie wygląda tak samo, od momentu, kiedy uświadomiłem sobie bezsens i ulotność rzeczy ze świata zewnętrznego.

    Będę szukał, będę próbował rozpoznać znaki i słowa Ojca. On je porozrzucał po całym świecie. I te ziarenka i wskazówki od Niego kierują Nas drogą, którą on wskazuje. Czasami wydaje nam się, że przypadkowo spotkaliśmy w Dino niewidzianego od miesięcy znajomego. A może pojawił się on po to, żebyśmy 2 minuty później, gdyby się nie pojawił, wpadli pod nadjeżdżający samochód, w którym dziewczyna sięgała po komórkę, leżącą na siedzeniu pasażera, bo akurat dostała sms’a, że RMF FM dzisiaj do niej zadzwoni, że może wygrać milion złotych. Chciała sprawdzić kto to do niej napisał. I tak jakoś niezauważyła wysokiego, lekko posiwiałego gościa w brązowych okularach.

    Takie „przypadki” zdażają się ciągle. Tylko my o nich nie wiemy. On nad nami czuwa. Subtelnie sugeruje drogę, którą nam przeznaczył. Nie narzuca nam jej. Jedynie ją wskazuje. Mamy wolną wolę.

  • Ps 28,7

    Ps 28,7

    PAN jest moją siłą i tarczą, moje serce jemu zaufało i doznałem pomocy; dlatego moje serce się rozweseliło i moją pieśnią będę go chwalić.

    Ps 28, 7 (UBG)

    W Bogu jest moc i siła. W dzisiejszym świecie jest tyle rzeczy, które odrywają serce człowieka od prawdziwej iskry bożej, która w nas tkwi od samego początku. Która była w nas jeszcze przed pierwszym naszym oddechem.

    Ta iskra pochodzi od Boga. Nakładamy maski na siebie. Każdego dnia. Próbując dostosować się do tego świata. Próbując nadążyć… Tylko za czym chcemy nadążyć? Za pogonią innych wariatów, którzy pędzą nie wiadomo gdzie?

    Te maski zakrywają tę iskrę. Ale ona od czasu do czasu przypomina o sobie. W chwilach, kiedy nic ze świata zewnętrznego nie jest w stanie ukoić bólu, zmęczenia i poczucia pustki, właśnie ona daje nam siłę.

    Trzeba obudzić swoje serce. Obudzić je do tego, by zaufać Bogu. Nie znamy naszej drogi. Nie wiemy, co nas czeka za 5 minut. A co dopiero za tydzień, miesiąc, czy rok…

    Zaufaj Bogu sercem. On poprowadzi Cię tam, gdzie masz dojść. Kto zatroszczy się o Ciebie bardziej niż Twój Boski Ojciec? On chce dla Ciebie jak najlepiej. On będzie Twoją tarczą i mocą.

    Osłoni Cię przed „banalnymi” problemami świata. Nie martw się. Zaufaj mu. Jeśli to naprawdę zrobisz – On da Ci moc, żebyś wiedział co robić, kiedy problemy zwalą się na Ciebie. ON JEST TARCZĄ i MOCĄ. Zaufaj mu sercem. I będziesz się weselił, bo On pomoże Ci w rozwiązaniu Twoich problemów.