Tag: droga do Oświecenia

  • Rz 12,2

    Rz 12,2

    Nie upodabniajcie się do tego świata, ale przemieniajcie się poprzez odnowę myślenia, aby rozeznać, jaka jest wola Boża, co szlachetne, co miłe, co doskonałe.

    No właśnie. Dzisiaj świat przepełniony jest całą masą zabawek, odciągaczy uwagi, nowe wideo na youtube, nowy wpis na tiktoku kogoś, kto jest na topie, ale za dwa tygodnie przestanie już być na topie, którego zamieni miejscami jeszcze ktoś inny.

    Morze tego śmiecia wypełnia godziny czasu każdego młodego człowieka (i nie tylko młodego). Skrolowanie shortów na youtubie stało się dla mnie też jakby „rytuałem”. Szukam mądrości w czymś, co nie daje mądrości, a odwraca moją uwagę od wszystkiego innego, od moich problemów, ułatwia prokrastynację.

    Kompletna strata czasu.

    W książce David’a R. Hawkins’a „Technika uwalniania”, znalazłem ciekawy fragment, który opisuje właśnie dokładnie to, co dzieje się dzisiaj, na naszych oczach z tymi wszystkimi influencerami, youtuberami, performance runnerami (książka opublikowana była w Stanach w 2001, u nas w 2013 i cała jest jeszcze bardziej aktualna niż chyba wtedy mogłaby być):

    Świat nieustannie sprzedaje nam kłamstwa, podsycając nasze pragnienie tego romantycznego, upiększonego aspektu (że będziemy sławni). Obiecuje, że uczyni nas ważniejszymi niż jesteśmy w rzeczywistości. Glamour tak podany, to po prostu oszustwo.

    (…)

    To, o czym myślimy, zazwyczaj się manifestuje.

    Co sugeruje list do Rzymian w przewodnim fragmencie? „Odmianę myślenia”. O czym mówi słynny psychiatra? „To, o czym myślimy, zazwyczaj się manifestuje”.

    No nie jest tak? Pewnie że jest.

    Sfrustrowani, ciągle myślący o tym, że mimo ciężkiej harówki niczego nie osiągamy w życiu – faktycznie niczego nie osiągamy w życiu.

    W tej samej książce, w tym samym rozdziale, David R. Hawkins wspomina jednego ze swoich pacjentów, który stracił pracę. Oto co mu zaproponował:

    Ponieważ był osobą religijną, poradziłem mu, aby zapomnieć o zdobyciu pracy i oddać to Bogu, a także uwolnić się i jednocześnie odpuścić pragnienie związane z pracą i być otwartym na to, co może się wydarzyć.

    (…)

    …dzięki uwolnieniu i odpuszczeniu otrzymał telefon od szwagra. Tak bardzo chciał dostać pracę, że pragnienie to hamowało realizację celu. Gdy tylko odpuścił tę palącą chęć, praca pojawiła się szybko, w ciągu 24 godzin.

    Jednak umysł ma skłonność do wypierania się naszej własnej mocy i projektowania jej na świat zewnętrzny.

    Czy nie o tym mówił też Jezus?

    Niech się wam stanie według waszej wiary.

    Mt 9, 29

    Może nie masz zostać CEO Tesli, jak sobie wymarzyłeś, ale pracę znajdziesz, Bóg Ojciec wie, że jej potrzebujesz, On to załatwi. Po prostu ODDAJ TO BOGU!

    David R. Hawkins pisze dalej:

    Małe „ja” uwielbia podkreślać, jakie to życie jest nędzne i pechowe, jakie paskudne rzeczy nas spotykają i jak nieuczciwi są wobec nas inni…

    (…)

    Jeżeli nasze umysły poprzez własną decyzję mają moc realizowania w życiu rzeczy negatywnych, równie dobrze mogą realizować zdarzenia pozytywne.

    (…)

    Obwinianie się jest folgowaniem sobie.

    Chodzi o zdrowe podejście do samych siebie. Do zmiany nastawienia swojego umysłu. Może i dzieją się w tej chwili złe rzeczy w naszym życiu. Ale to nie my jesteśmy ich sprawcami, nastawmy się na dobre wibracje.

    Wiem, że to dla niektórych brzmi banalnie. Jak nastawić się na dobre wibracje, kiedy ciągle czujemy w głowie tą presję zewnętrznego świata. Że musimy zdążyć z planami, z opłatami, z pracą, z czymś tam jeszcze…

    ODDAJMY to wszystko Bogu. Bóg ma siłę, by się tym zająć. Znajdzie dla nas drogę wyjścia. Wystarczy w to uwierzyć. Rozwiązania gdzieś tam są. Wystarczy zaufać Bogu, powiedzieć i poprosić o to, czego chcemy, mimo, że On wie, czego potrzebujemy a czego chcemy, On znajdzie sposób, żeby nam tego, czego potrzebujemy dostarczyć. Wystarczy Mu zaufać. To wszystko.

  • Mt 11, 28-29

    Mt 11, 28-29

    Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a ja wam dam odpoczynek.

    Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie odpoczynek dla waszych dusz.

    Mt 11, 28-29 (UBG)

    Świetny fragment Pisma Świętego. Chrystus wie, że w życiu nie jest lekko. On to wie. Ale nie chodzi o to, żeby nosić swój ciężar, wszystkie troski i problemy samemu. Właśnie chodzi o to, żeby przyjść do niego z tymi problemami. Powiedzieć mu, z czym jest nam ciężko. A on da nam odpoczynek. Znajdzie drogę i sposób, by nam pomóc.

    Jakiś czas temu czytałem ciekawą książkę Joanny Bątkiewicz-Brożek „Jezu, Ty się tym zajmij!” o ojcu Dolindo Ruotolo. Za każdym razem, kiedy ten człowiek wiedział, że nie poradzi sobie z problemami świata zewnętrznego, mówił po prostu do Jezusa – Ty się tym zajmij! Oddawał kontrolę. Nad sobą, nad swoim losem, nad tym co się stanie Bogu. I zawsze wychodziło jakoś tak, że sprawy układały się tak jak powinny były się ułożyć.

    Bo tak naprawdę jaką my mamy kontrolę nad tym, co dzieje się na zewnątrz? Nad tym, co świat nam zgotuje?

    Nie mamy żadnej kontroli. Wydaje nam się, że coś kontrolujemy. Staramy się zdążyć z terminami, z opłatami, ze zobowiązaniami. I istnieje w nas poczucie, że jeśli na moment odpuścimy, to nasze życie rozsypie się na drobne kawałki i już się tego nie da poskładać.

    Właśnie nie! Wystarczy przyznać się przed sobą, że nie dam rady, potrzebuję Cię Jezu. Pomóż mi. Wiem, że mi pomożesz. Pokaż mi co mam zrobić, nakieruj mnie na odpowiednią drogę.

    On to zrobi. Zrobi to. Będzie to wyglądało jak „przypadek”, albo po prostu ktoś wpadnie z nieoczekiwaną wizytą, albo jeszcze jakiś inny „zbieg okoliczności”. Ale On nad nami czuwa. Po prostu. On nad nami czuwa. Wystarczy mu zawierzyć, oddać kontrolę nad swoim życiem i cieszyć się tym, co się dzieje.

    Taka ciekawostka do tego cytatu: „jarzmo” w tym zdaniu to drewniana rama, która łączyła dwa zwierzęta, najczęściej osły, żeby niosły ciężkie towary. Jezus mówi tutaj o jarzmie bycia jego uczniem. Wystarczy wziąć to jarzmo bycia uczniem Jezusa, a on przyniesie nam odpoczynek, przez zwykłe oddanie się Jemu.

    Podaje przy tym cnoty, cechy, które ceni: cichość i pokorne serce.

    Często mówimy głośno: „oh, jaki jestem zmęczony, mam tyle pracy”. Spoko. Ofiaruj to Jezusowi. Idź do niego, pod krzyż, powiedz mu to po cichu, nie chwal się, że jesteś taki zarobiony. Jezus to widzi. Jeśli robisz wszystko dobrze i uczciwie – wszystko gra. On da Ci odpoczynek. Może w formie głębokiego snu, tak żebyś wypoczął, może w postaci czegoś innego. Zaufaj mu. Oddaj mu swoją pracę, a znajdziesz odpoczynek. W nim.

    Inspiracją do tego wpisu był ten filmik:

  • Flp 4, 4-6

    Flp 4, 4-6

    Radujcie się zawsze W Panu; mówię ponownie, radujcie się. Niech wasza skromność będzie znana wszystkim ludziom. Pan jest blisko. Nie troszczcie się o nic, ale we wszystkim przez modlitwę i prośbę z dziękczynieniem niech wasze pragnienia będą znane Bogu.

    Flp 4,4-6 (UBG)

    Rejoice in the Lord always; again I will say, rejoice. Let your reasonableness be known to everyone. The Lord is at hand; do not be anxious about anything, but in everything by prayer and supplication with thanksgiving let your requests be made known to God.

    Phil. 4, 4-6

    Rozbijmy to na dwie części:

    Niech wasza skromność będzie znana wszystkim ludziom.

    W wersji angielskiej jest reasonableness (rozsądek), a nie skromność, ale skromność to jest jakaś forma rozsądku. Nie koniecznie zawsze oznacza to jednak samo.

    Wydaje mi się, że tu skromność jest rozsądkiem w znaczeniu świadomości własnych granic: wiem, co umiem, ale wiem też, czego nie wiem. Nie muszę wszystkiego udowadniać, nie muszę się wywyższać, nie muszę wygrywać każdej rozmowy. To jest rozsądne. Chroni przed pychą, impulsywnością i głupimi decyzjami.

    Skromność – to rozsądek serca: zna swoją wartość, ale nie robi z niej bożka.

    Ile razy udawało mi się być pysznym? Ile razy czułem się lepszy, bo rozwiązałem problem w pracy, nad którym siedzieli lepsi ode mnie? Ile razy już coś takiego zrobiłem?

    Kompletnie nie potrzebnie.

    A co ciekawe, najczęściej tak wychodziło, kiedy wcześniej poprosiłem Jezusa o pomoc. Wtedy nadchodziło natchnienie. A potem to Boże natchnienie przyćmiewane było pychą, że zrobiłem zadanie. Jak niedojrzałe dziecko.

    Ale też nie chodzi tu o to, żeby kajać się, jeśli czegoś się nie wie. Znamy swoje możliwości. I tyle. Ale nie ma powodu, żeby na siłę się poniżaj z powodu, że czegoś nie wiem.

    I druga część:

    Nie troszczcie się o nic, ale we wszystkim przez modlitwę i prośbę z dziękczynieniem niech wasze pragnienia będą znane Bogu.

    Nie trzeba wszystkiego nosić samemu. Zamiast zamartwiać się wszystkim w głowie, wystarczy przenieść to Bogu w modlitwie – konkretnie, szczerze i z wdzięcznością.

    Tu chodzi o niezamartwianie się. Człowiek ma działać, myśleć, podejmować decyzje, ale nie ma być niewolnikiem lęku.

    Bóg nas zna, wie, co mamy w sercu. Tutaj chodzi o relację z Bogiem, o utrzymanie komunikacji ze Stwórcą przez modlitwę. W ten sposób zmieniamy lęk w głowie na modlitwę.

    I trzeba też pamiętać, by być wdzięcznym za to, że Bóg jest z nami cały czas. Otrzymaliśmy i otrzymujemy od niego tak dużo, a często zapominamy mówić proste „dziękuję”.

    Dziękuję Ci Boże, że jesteś ze mną, że czuwasz nade mną, że mogę oddychać i zbierać kolejne doświadczenia.

  • Mt 5,24

    Mt 5,24

    Temu, kto cię prosi daj, a od tego, kto chce od ciebie pożyczyć, nie odwracaj się.

    Mt 5,24 (UBG)

    Czy my naprawdę potrzebujemy tak dużo? Nowy samochód? Piękna, wielka willa z czterema sypialniami, pięcioma łazienkami, garażem na cztery miejsca? Czy to naprawdę jest tak potrzebne?

    Oczywiście, że nie.

    Czy po prostu chcemy to wszystko mieć, żeby pokazać, że „coś” w życiu osiągnęliśmy – mierząc się z innymi według standardów świata?

    Zapewne o to chodzi. „Ten, który nazbiera najwięcej zabawek, wygrywa.” – słyszałem to w jakimś filmie (z Seanem Penem).

    Do życia potrzebny jest mały kąt, łazienka, żeby się odświeżyć i praca, żeby się utrzymać. Nie potrzeba zbyt wiele. Nie potrzeba. A dla niektórych nawet to jest luksusem.

    Jakieś 10 lat temu, kiedy trafiłem do korpo, kiedy zacząłem zarabiać ponad 12 tysięcy złotych, czułem się, jakbym bym wielkim bossem. I pewnego razu siedziałem sobie tak z dziećmi w McDonaldsie i podszedł do nas obdarty, brudny, śmierdzący bezdomny. Bałem się. Bałem się, żeby nie dotknął przypadkiem moich dzieci, nie zaraził czymś paskudnym. Gronkowcem, czy czymś podobnym. Pamiętam jak się wtedy zachowałem. Wstyd mi za to. Warknąłem do człowieka, żeby spieprzał. Bezdomny odwrócił się i próbował szczęścia przy innym stoliku. A ja odetchnąłem, bo to już nie był mój problem.

    Wstyd mi za to. Chciałbym go przeprosić. Ale nawet nie pamiętam jak wyglądał. Czy jeszcze żyje? Nie wiem.

    Pamiętam to.

    Jest kilka takich kwiatków w moim życiu.

    Kiedyś na dworcu kolejowym, jakaś dziewczyna prosiła mnie o parę groszy na bilet do Wrocławia. Dostała 20 złotych. Bo tyle miałem w kieszeni. Dwa dni później ta sama dziewczyna znowu prosiła mnie o parę groszy na bilet do Wrocławia. Bo po raz kolejny „ktoś jej ukradł plecak”. Nie pamiętała, że dwa dni wcześniej dałem jej 20 złotych. Tylu frajerów zrobiła na bilet do Wrocławia, że nie pamiętała twarzy każdego z nich. Widziałem ją jeszcze parę razy na dworcu, jak prosiła innych podróżnych o kilka złotych, żeby dorzucili się do kolejnego biletu do Wrocławia…

    Pamiętam też to.

    Innym razem jadłem sam w KFC. Podszedł chłopak i spytał wprost, czy nie mógłbym mu kupić bułki, bo nic nie jadł od kilku dni. Nie chciał pieniędzy. Kupiłem mu jakiś zestaw.

    To też pamiętam. Nadziałem się w McDonaldzie na swoje tchórzostwo i strach kilka lat wcześniej. Tym razem udało mi się komuś pomóc.

    Innym razem kupiłem kilka pizz do domu, bo duża rodzina. Każdy lubi co innego. Czekałem na taksówkę. Kiedy taksówka dowiozła mnie do domu, kierowca powiedział, że narobiłem mu smaku, bo nie jadł obiadu a zapach wwiercał mu się w nos. Zostawiłem mu jedną pizzę. Tak po prostu. Mówił, że żartował, że nie chce. Ale i tak mu zostawiłem. Widziałem, że poprawił mu się humor.

    Pamiętam to.

    Kiedy indziej siedziałem w tramwaju. Miętoliłem w palcach papierosa. Za dwa przystanki wysiadałem. Przede mną siedział jakiś gość. Bokiem. Tak, że nogi miał wywalone na przejście w tramwaju. Spytał, czy mogę mu dać jednego papierosa. Nie, nie spytał. Powiedział: „Daj jednego”. Dostał jednego. Wysiadał przystanek przede mną. I raptem splunął mi w twarz. Nie wiem dlaczego. Byłem tak zaskoczony, że nie zdążyłem odpowiedzieć. Drzwi tramwaju się zamknęły. Słyszałem tylko śmiech tego gościa. To był wymuszony śmiech. Śmiech idioty, kogoś z zakładu psychicznego. Bo normalny człowiek tak się nie śmieje. Ale nie o to chodzi. Nie zależało mi na tym, żeby wyzwać kolesia, wpieprzyć mu, czy cokolwiek mu zrobić. Byłem zaskoczony jego reakcją. Mam nadzieję, że poczuł się lepiej po wypaleniu mojego papierosa.

    Nie rozumiem ludzi.

    Nie wiesz na kogo trafisz. Czy będzie to oszust/oszustka. Czy naciągacz, który zbiera na kolejną dawkę jakiegoś draga. Czy po prostu jakiś psychiczny. Czy może faktycznie będzie to ktoś, komu podwinęła się noga i potrzebuje pomocy.

    Mimo wszystko ludziom trzeba pomagać. Nie wiesz na kogo trafisz. Nie wiesz. Możesz trafić na kogoś, komu przez swoją pomoc odmienisz życie. Inny może o Tobie zapomnieć sekundę po tym jak otrzyma pomoc. Nie ważne. Nie wiesz na kogo trafisz.

    Niedawno znalazłem fajny filmik: „Jedyny powód dla którego chcę być bogaty”:

  • Prz 20, 24

    Prz 20, 24

    Od PANA pochodzą drogi człowieka;
    jakże może człowiek zrozumieć własną drogę?

    Wydaje nam się, że jesteśmy kowalami swojego życia. Że szczęście, sukces, sławę, władzę i zdrowie zawdzięczamy sobie samym. Bo od małego uczestniczyliśmy w wyścigu szczurów, zdobywaliśmy najpierw najlepsze oceny w szkołach czy na studiach, potem wspinaliśmy się po drabince w firmie.

    Ale przychodzi taki moment, w którym dociera do nas, że droga, którą powinniśmy zmierzać nie jest tą, którą obraliśmy.

    Dobrze, jeśli stanie się to wcześniej niż później, ale jak stanie się to później, to też nie jest tak źle. Oby do nas dotarło, że nasz poziom „wtajemniczenia” w życie leży gdzie indziej. Nie na zewnątrz, nie tam, gdzie są nagrody tego życia. Nie tam. Tylko w nas. To tu trzeba posprzątać. Tu trzeba szukać odpowiedzi. Nie na zewnątrz, gdzie pajacują ludzie, którym drogę podszeptuje zło.

    Możemy zaplanować sobie całe życie na papierze. Narysować przystanki:

    • w wieku 28 lat – będę starszym software developerem
    • w wieku 30 lat – będę architektem aplikacji (+ zarabiał 30 tys PLN)
    • w wieku 35 lat – zostanę produkt ownerem (+ zarabiał 33 tys PLN)
    • w wieku 40 lat – ….

    ale gdzieś pomiędzy, po cichu, jak strumyk wody drążący wąskie korytko w skale, słyszysz głos, głos ze środka siebie, pytający, dokąd to wszystko prowadzi i czy na pewno to jest to, czego chcesz, czego On chce?

    Pustka, jaką spotkałem po 46 latach pracy dla firm technologicznych, mimo solidnej pensji i „spełnienia” zawodowego była ogromna.

    Kiedy bez żadnego ostrzeżenia pod koniec roku 2024 firma pożegnała się ze mną, żeby potem po pół roku przyjąć mnie z powrotem dotarło do mnie, że nie znaczę nic dla niej, dla tych ludzi. Jestem tylko trybikiem, raz potrzebnym, raz niepotrzebnym. Mimo „doświadczenia”, „zaangażowania”, zarywania nocami snu, żeby tylko dotrzymać terminów…

    Nie znaczę dla świata zewnętrznego nic. Nie znaczę dla tych ludzi nic.

    Zachowanie członków zespołu to też potwierdziło. Zarzekanie się kilku osobników, jakiż to jestem wartościowy i ceniony, jak moje zdanie wielkie ma znaczenie…bla bla bla. Jak oni bardzo byli za mną, i mimo ich strasznych wysiłków i dobrych ocen, no niestety nie udało im się powstrzymać tej straszliwej machiny zwolnień…

    Dotarło do mnie, że szukałem potwierdzenia siebie w złym miejscu, na zewnątrz. A na zewnątrz wszystko przemija. Te wszystkie rzeczy, stanowiska, pozycje, wypracowany „szacunek” u ludzi. To nic nie znaczy. Nic. Nie ma żadnego znaczenia, bo tak jak oddech rozmywa się w morzu powietrza, rozprasza się i ulatnia, mieszając z innymi atomami i cząsteczkami, tak te wszystkie rzeczy, które są na zewnątrz, one istnieją chwilę, a po sekundzie ich już nie ma, bo wiaterek zawieje z lewej, albo prawej i już tego nie ma.

    To, co na zewnątrz to zwykła gra. Trzeba wykonywać swoją pracę, grać dobrze, jako aktor bawić się swoją rolą, ale nie przywiązywać się ani do sztuki, ani do innych aktorów.

    Bo ta sztuka pisana jest na bieżąco. Nie wiesz, jaką rolę dostaniesz, ani jak jej droga się potoczy.

    Trudno to opisać, ten stan, w którym jestem teraz.

    Wewnętrznie czuję, że to co robiłem i nadal robię, klepiąc kod dla firm, to po prostu zajęcie, które robię, żeby utrzymać rodzinę. Ale jest to tak puste, jak skorupa ślimaka, którą właściciel opuścił lata temu. Nie ma już w tym „pasji”. Zresztą, nigdy tak naprawdę nie było w tym pasji. Chciałem znaleźć w tym pasję, ale przez te wszystkie lata mi się nie udało. Bo to nie była moja droga. To nie to, co we mnie wszczepił Bóg. Jego zamysł do mojego aktora był inny.

    I chyba jestem na etapie, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że szedłem drogą nie-wyznaczoną przez Boga. Ale nie zsynchronizowałem się jeszcze z tym, co chciał dla mnie mój Ojciec. Bo nie wiem, co chciał. Nie potrafię tego rozszyfrować. A może po prostu z każdym dniem muszę dowiadywać się tego po trochu. Odkrywać ukryte subtelnie w spotkanych ludziach, w odbytych rozmowach, w mijanych twarzach ziarnka i wskazówki tego, czego Bóg oczekuje ode mnie.

    Wiem, że nic nie wygląda tak samo, od momentu, kiedy uświadomiłem sobie bezsens i ulotność rzeczy ze świata zewnętrznego.

    Będę szukał, będę próbował rozpoznać znaki i słowa Ojca. On je porozrzucał po całym świecie. I te ziarenka i wskazówki od Niego kierują Nas drogą, którą on wskazuje. Czasami wydaje nam się, że przypadkowo spotkaliśmy w Dino niewidzianego od miesięcy znajomego. A może pojawił się on po to, żebyśmy 2 minuty później, gdyby się nie pojawił, wpadli pod nadjeżdżający samochód, w którym dziewczyna sięgała po komórkę, leżącą na siedzeniu pasażera, bo akurat dostała sms’a, że RMF FM dzisiaj do niej zadzwoni, że może wygrać milion złotych. Chciała sprawdzić kto to do niej napisał. I tak jakoś niezauważyła wysokiego, lekko posiwiałego gościa w brązowych okularach.

    Takie „przypadki” zdażają się ciągle. Tylko my o nich nie wiemy. On nad nami czuwa. Subtelnie sugeruje drogę, którą nam przeznaczył. Nie narzuca nam jej. Jedynie ją wskazuje. Mamy wolną wolę.

Chwała Panu
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.