Ofiarą dla Boga jest duch skruszony; udręczonym i uniżonym sercem Bóg nie pogardzi
Psalm 51 jest psalmem pokutnym. Ale i daje ogromną nadzieję. Spójrzmy krótko na jego strukturę.
W pierwszej części autor prosi o czyste serce:
Stwórz we mnie czyste serce, Boże
prosi o zapomnienie jego grzechów:
odwróć oblicze od grzechów moich i zgładź wszystkie moje nieprawości
Autor psalmu wie, że tylko Bóg jest w stanie to uczynić. Tylko on oczyszcza serce i tylko On przebacza grzechy. Dlatego składa mu w ofierze swoje udręczone problemami, niepokojami, trudami, z którymi się mierzy serce.
Serce, które nie jest czyste. Ale które czuje, że musi zostać oczyszczone, że wybrało źle i że jedyna droga to przez skruchę i miłosierdzie Boga.
Ojciec patrzy na nas. Widzi wszystko. Ale nie jest jak „Wielki Brat”, nie chce naszego upadku. Zawsze przyjmie do siebie każdego z udręczonym sercem. Bo jest Ojcem miłującym.
Pisząc to wyobrażam sobie, jak wchodzę po schodach do domu, w którym jest mój Ojciec. Spuszczam głowę, kiedy otwierają się drzwi i u progu stoi lekko rozbawiony, patrzący na mnie przychylnie mój Niebieski Tato. Mówi: „Hej, wiem co się stało. Nie martw się, ja się nie gniewam, bo wiem, że rozumiesz, że zrobiłeś źle. Chodź, napijemy się kawy i wymyślimy, jak to naprawić, żeby było dobrze.”
Wydaje mi się, że właśnie taki jest On. Serdeczny, nie trzymający urazy, nie zacinający się, bo jego gówniarz znowu się nie słuchał. Nie, on wie, że gówniarze czasami brykają, taka ich natura. Grunt, że wiedzą, że zmajstrowali coś niedobrego, czują się z tym źle, przepraszają, a resztą On już się zajmie. Zrobi dobrą herbatę lub kawę, kiedy do Niego przyjdziemy i złożymy przed nim udręczone serce, i doradzi, jak możnaby naprawić to co zepsuliśmy.
Jeśli wyznajemy nasze grzechy Bóg jest wierny i sprawiedliwy, aby nam przebaczyć grzechy i oczyścić nas z wszelkiej nieprawości
Nie ma co ukrywać, jesteśmy grzesznikami. Grzeszymy ciągle. Mimo świadomości, że nie powinniśmy, czasami po prostu się nie da nie-przeklnąć, nie zadrzeć się.
Chodzi o to, żeby przyznać przed sobą i Ojcem, że zrobiliśmy źle. Próbować walczyć ze swoimi słabościami.
Nikt nie jest doskonały. Nikt. Doskonały jest tylko Jezus. My mamy cząstkę boskości w nas, ale mamy też naturę człowieczą.
Emocje, negatywne wibracje, to wszystko jest częścią naszej egzystencji.
Zrobiłeś źle – przyznaj się, przed Bogiem. Proś go o przebaczenie – on je Ci da. Bo jest Bogiem sprawiedliwym. On wie, co jest w Tobie, zanim jeszcze to się pojawi na zewnątrz.
Jesteś tu. A to znaczy, że dla Boga jesteś ważny. Masz jakiś cel do zrealizowania. Ciesz się tym, że jesteś potrzebny. Nawet jeśli nie wiesz jeszcze co tym celem jest. On Ci to objawi, kiedy przyjdzie odpowiedni czas. Póki co bądź i staraj się wzrastać.
Po upadku, podnoś się, nie płaszcz i nie pogrążaj sam siebie i nie smuć się zbytnio nad sobą. Popełniłeś błąd. Zidentyfikowałeś błąd. Przyznałeś się przed Bogiem, że zrobiłeś źle. On już to wiedział, on wiedział, że się przyznałeś, zanim się przyznałeś, ale ważne jest, że się przyznałeś. Popraw to. Ojciec patrzy na upadki swoich dzieci, tak jak Ty przyglądasz się na próby jazdy na rowerze swoich dzieci. Pierwsze próby nie są zachwycające. Jest płacz, rozbite kolano, zdarta skóra na łokciach. Uśmiechasz się, pomagasz się podnieś swojemu dziecku i zachęcasz do dalszych prób. Aż w końcu, któregoś dnia dzieciaki zasuwają na plażę na rowerach i cieszą się kolejną umiejętnością. To samo Twój Bóg. Przebacza Ci twoje upadki. Wie, że tworzą się blizny w sercu, w głowie, ale On daje Ci przebaczenie. Uczysz się „jeździć na rowerze wiary, na rowerze prawdziwego życia”. Podaje Ci dłoń, pomaga wstać i zachęca, żebyś próbował dalej. Leżenie i rozpaczanie nad swoją niedolą niczego nie da. Więc nie bądź rozkapryszonym bachorem. Zacznij się podnosić, zacznij poprawiać swoją technikę nauki. Przyznawaj się do błędów. Ojciec, który jest w Niebie poda Ci rękę, oczyści Cię z krwi, kurzu i brudu. Ale jeździć na rowerze życia musisz nauczyć się sam. Już pora to zrozumieć.
Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a ja wam dam odpoczynek.
Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie odpoczynek dla waszych dusz.
Mt 11, 28-29 (UBG)
Świetny fragment Pisma Świętego. Chrystus wie, że w życiu nie jest lekko. On to wie. Ale nie chodzi o to, żeby nosić swój ciężar, wszystkie troski i problemy samemu. Właśnie chodzi o to, żeby przyjść do niego z tymi problemami. Powiedzieć mu, z czym jest nam ciężko. A on da nam odpoczynek. Znajdzie drogę i sposób, by nam pomóc.
Jakiś czas temu czytałem ciekawą książkę Joanny Bątkiewicz-Brożek „Jezu, Ty się tym zajmij!” o ojcu Dolindo Ruotolo. Za każdym razem, kiedy ten człowiek wiedział, że nie poradzi sobie z problemami świata zewnętrznego, mówił po prostu do Jezusa – Ty się tym zajmij! Oddawał kontrolę. Nad sobą, nad swoim losem, nad tym co się stanie Bogu. I zawsze wychodziło jakoś tak, że sprawy układały się tak jak powinny były się ułożyć.
Bo tak naprawdę jaką my mamy kontrolę nad tym, co dzieje się na zewnątrz? Nad tym, co świat nam zgotuje?
Nie mamy żadnej kontroli. Wydaje nam się, że coś kontrolujemy. Staramy się zdążyć z terminami, z opłatami, ze zobowiązaniami. I istnieje w nas poczucie, że jeśli na moment odpuścimy, to nasze życie rozsypie się na drobne kawałki i już się tego nie da poskładać.
Właśnie nie! Wystarczy przyznać się przed sobą, że nie dam rady, potrzebuję Cię Jezu. Pomóż mi. Wiem, że mi pomożesz. Pokaż mi co mam zrobić, nakieruj mnie na odpowiednią drogę.
On to zrobi. Zrobi to. Będzie to wyglądało jak „przypadek”, albo po prostu ktoś wpadnie z nieoczekiwaną wizytą, albo jeszcze jakiś inny „zbieg okoliczności”. Ale On nad nami czuwa. Po prostu. On nad nami czuwa. Wystarczy mu zawierzyć, oddać kontrolę nad swoim życiem i cieszyć się tym, co się dzieje.
Taka ciekawostka do tego cytatu: „jarzmo” w tym zdaniu to drewniana rama, która łączyła dwa zwierzęta, najczęściej osły, żeby niosły ciężkie towary. Jezus mówi tutaj o jarzmie bycia jego uczniem. Wystarczy wziąć to jarzmo bycia uczniem Jezusa, a on przyniesie nam odpoczynek, przez zwykłe oddanie się Jemu.
Podaje przy tym cnoty, cechy, które ceni: cichość i pokorne serce.
Często mówimy głośno: „oh, jaki jestem zmęczony, mam tyle pracy”. Spoko. Ofiaruj to Jezusowi. Idź do niego, pod krzyż, powiedz mu to po cichu, nie chwal się, że jesteś taki zarobiony. Jezus to widzi. Jeśli robisz wszystko dobrze i uczciwie – wszystko gra. On da Ci odpoczynek. Może w formie głębokiego snu, tak żebyś wypoczął, może w postaci czegoś innego. Zaufaj mu. Oddaj mu swoją pracę, a znajdziesz odpoczynek. W nim.
Radujcie się zawsze W Panu; mówię ponownie, radujcie się. Niech wasza skromność będzie znana wszystkim ludziom. Pan jest blisko. Nie troszczcie się o nic, ale we wszystkim przez modlitwę i prośbę z dziękczynieniem niech wasze pragnienia będą znane Bogu.
Flp 4,4-6 (UBG)
Rejoice in the Lord always; again I will say, rejoice. Let your reasonableness be known to everyone. The Lord is at hand; do not be anxious about anything, but in everything by prayer and supplication with thanksgiving let your requests be made known to God.
Phil. 4, 4-6
Rozbijmy to na dwie części:
Niech wasza skromność będzie znana wszystkim ludziom.
W wersji angielskiej jest reasonableness (rozsądek), a nie skromność, ale skromność to jest jakaś forma rozsądku. Nie koniecznie zawsze oznacza to jednak samo.
Wydaje mi się, że tu skromność jest rozsądkiem w znaczeniu świadomości własnych granic: wiem, co umiem, ale wiem też, czego nie wiem. Nie muszę wszystkiego udowadniać, nie muszę się wywyższać, nie muszę wygrywać każdej rozmowy. To jest rozsądne. Chroni przed pychą, impulsywnością i głupimi decyzjami.
Skromność – to rozsądek serca: zna swoją wartość, ale nie robi z niej bożka.
Ile razy udawało mi się być pysznym? Ile razy czułem się lepszy, bo rozwiązałem problem w pracy, nad którym siedzieli lepsi ode mnie? Ile razy już coś takiego zrobiłem?
Kompletnie nie potrzebnie.
A co ciekawe, najczęściej tak wychodziło, kiedy wcześniej poprosiłem Jezusa o pomoc. Wtedy nadchodziło natchnienie. A potem to Boże natchnienie przyćmiewane było pychą, że zrobiłem zadanie. Jak niedojrzałe dziecko.
Ale też nie chodzi tu o to, żeby kajać się, jeśli czegoś się nie wie. Znamy swoje możliwości. I tyle. Ale nie ma powodu, żeby na siłę się poniżaj z powodu, że czegoś nie wiem.
I druga część:
Nie troszczcie się o nic, ale we wszystkim przez modlitwę i prośbę z dziękczynieniem niech wasze pragnienia będą znane Bogu.
Nie trzeba wszystkiego nosić samemu. Zamiast zamartwiać się wszystkim w głowie, wystarczy przenieść to Bogu w modlitwie – konkretnie, szczerze i z wdzięcznością.
Tu chodzi o niezamartwianie się. Człowiek ma działać, myśleć, podejmować decyzje, ale nie ma być niewolnikiem lęku.
Bóg nas zna, wie, co mamy w sercu. Tutaj chodzi o relację z Bogiem, o utrzymanie komunikacji ze Stwórcą przez modlitwę. W ten sposób zmieniamy lęk w głowie na modlitwę.
I trzeba też pamiętać, by być wdzięcznym za to, że Bóg jest z nami cały czas. Otrzymaliśmy i otrzymujemy od niego tak dużo, a często zapominamy mówić proste „dziękuję”.
Dziękuję Ci Boże, że jesteś ze mną, że czuwasz nade mną, że mogę oddychać i zbierać kolejne doświadczenia.
Temu, kto cię prosi daj, a od tego, kto chce od ciebie pożyczyć, nie odwracaj się.
Mt 5,24 (UBG)
Czy my naprawdę potrzebujemy tak dużo? Nowy samochód? Piękna, wielka willa z czterema sypialniami, pięcioma łazienkami, garażem na cztery miejsca? Czy to naprawdę jest tak potrzebne?
Oczywiście, że nie.
Czy po prostu chcemy to wszystko mieć, żeby pokazać, że „coś” w życiu osiągnęliśmy – mierząc się z innymi według standardów świata?
Zapewne o to chodzi. „Ten, który nazbiera najwięcej zabawek, wygrywa.” – słyszałem to w jakimś filmie (z Seanem Penem).
Do życia potrzebny jest mały kąt, łazienka, żeby się odświeżyć i praca, żeby się utrzymać. Nie potrzeba zbyt wiele. Nie potrzeba. A dla niektórych nawet to jest luksusem.
Jakieś 10 lat temu, kiedy trafiłem do korpo, kiedy zacząłem zarabiać ponad 12 tysięcy złotych, czułem się, jakbym bym wielkim bossem. I pewnego razu siedziałem sobie tak z dziećmi w McDonaldsie i podszedł do nas obdarty, brudny, śmierdzący bezdomny. Bałem się. Bałem się, żeby nie dotknął przypadkiem moich dzieci, nie zaraził czymś paskudnym. Gronkowcem, czy czymś podobnym. Pamiętam jak się wtedy zachowałem. Wstyd mi za to. Warknąłem do człowieka, żeby spieprzał. Bezdomny odwrócił się i próbował szczęścia przy innym stoliku. A ja odetchnąłem, bo to już nie był mój problem.
Wstyd mi za to. Chciałbym go przeprosić. Ale nawet nie pamiętam jak wyglądał. Czy jeszcze żyje? Nie wiem.
Pamiętam to.
Jest kilka takich kwiatków w moim życiu.
Kiedyś na dworcu kolejowym, jakaś dziewczyna prosiła mnie o parę groszy na bilet do Wrocławia. Dostała 20 złotych. Bo tyle miałem w kieszeni. Dwa dni później ta sama dziewczyna znowu prosiła mnie o parę groszy na bilet do Wrocławia. Bo po raz kolejny „ktoś jej ukradł plecak”. Nie pamiętała, że dwa dni wcześniej dałem jej 20 złotych. Tylu frajerów zrobiła na bilet do Wrocławia, że nie pamiętała twarzy każdego z nich. Widziałem ją jeszcze parę razy na dworcu, jak prosiła innych podróżnych o kilka złotych, żeby dorzucili się do kolejnego biletu do Wrocławia…
Pamiętam też to.
Innym razem jadłem sam w KFC. Podszedł chłopak i spytał wprost, czy nie mógłbym mu kupić bułki, bo nic nie jadł od kilku dni. Nie chciał pieniędzy. Kupiłem mu jakiś zestaw.
To też pamiętam. Nadziałem się w McDonaldzie na swoje tchórzostwo i strach kilka lat wcześniej. Tym razem udało mi się komuś pomóc.
Innym razem kupiłem kilka pizz do domu, bo duża rodzina. Każdy lubi co innego. Czekałem na taksówkę. Kiedy taksówka dowiozła mnie do domu, kierowca powiedział, że narobiłem mu smaku, bo nie jadł obiadu a zapach wwiercał mu się w nos. Zostawiłem mu jedną pizzę. Tak po prostu. Mówił, że żartował, że nie chce. Ale i tak mu zostawiłem. Widziałem, że poprawił mu się humor.
Pamiętam to.
Kiedy indziej siedziałem w tramwaju. Miętoliłem w palcach papierosa. Za dwa przystanki wysiadałem. Przede mną siedział jakiś gość. Bokiem. Tak, że nogi miał wywalone na przejście w tramwaju. Spytał, czy mogę mu dać jednego papierosa. Nie, nie spytał. Powiedział: „Daj jednego”. Dostał jednego. Wysiadał przystanek przede mną. I raptem splunął mi w twarz. Nie wiem dlaczego. Byłem tak zaskoczony, że nie zdążyłem odpowiedzieć. Drzwi tramwaju się zamknęły. Słyszałem tylko śmiech tego gościa. To był wymuszony śmiech. Śmiech idioty, kogoś z zakładu psychicznego. Bo normalny człowiek tak się nie śmieje. Ale nie o to chodzi. Nie zależało mi na tym, żeby wyzwać kolesia, wpieprzyć mu, czy cokolwiek mu zrobić. Byłem zaskoczony jego reakcją. Mam nadzieję, że poczuł się lepiej po wypaleniu mojego papierosa.
Nie rozumiem ludzi.
Nie wiesz na kogo trafisz. Czy będzie to oszust/oszustka. Czy naciągacz, który zbiera na kolejną dawkę jakiegoś draga. Czy po prostu jakiś psychiczny. Czy może faktycznie będzie to ktoś, komu podwinęła się noga i potrzebuje pomocy.
Mimo wszystko ludziom trzeba pomagać. Nie wiesz na kogo trafisz. Nie wiesz. Możesz trafić na kogoś, komu przez swoją pomoc odmienisz życie. Inny może o Tobie zapomnieć sekundę po tym jak otrzyma pomoc. Nie ważne. Nie wiesz na kogo trafisz.
Niedawno znalazłem fajny filmik: „Jedyny powód dla którego chcę być bogaty”: